Nauka i muzyka » Koncerty

Mała Msza Uroczysta Gioacchina Rossiniego

WIELKA „MAŁA MSZA UROCZYSTA”
Msza w kościele luterańskim? A czemu nie?
W niedzielny wieczór, 12 marca 2005., ewentualne rozważanie problemów teologiczno-historycznych, mających swój początek w czasach Reformacji, ustąpiło przeżyciu artystycznemu, a niewątpliwie także i religijnemu, licznego grona słuchaczy, którzy przyjęli zaproszenie na ową „Mszę”.

Wydarzenie – tak trzeba nazwać koncert, który odbył się w gościnnym i dla muzyki nader przyjaznym wnętrzu Ewangelicko-Augsburskiego Kościoła Zmartwychwstania Pańskiego przy ulicy Warszawskiej w Katowicach. Wykonano Małą Mszę Uroczystą (La Petite Messe Solennelle) Gioacchina Rossiniego (1792–1868). Patronat nad przedsięwzięciem przyjął Rektor Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, prof. dr hab. Janusz Janeczek. Realizacji projektu podjął się Instytut Muzyki Wydziału Artystycznego w Cieszynie; jego środowisko współtworzą zresztą główni wykonawcy dzieła: Chór Uniwersytetu Śląskiego „Harmonia”, Zespół Kameralny „Ad Libitum”, pianiści – Michał Korzistka i Janusz Polański, organista – Paweł Seligman, realizatorka koncepcji artystycznej wieczoru i dyrygentka, Izabella Zielecka-Panek. Do sukcesu wykonania przyczynili się także zaproszeni soliści-śpiewacy: sopranistka - Katarzyna Jagiełło, kontratenor – Michał Wajda-Chłopicki, tenor – Adam Sobierajski, bas – Łukasz Rynkowski.

Mała Msza Uroczysta powstała w 1863 roku i jest dziełem 71-letniego mistrza – ostatnim większym utworem w jego dorobku. Została skomponowana po trwającej kilka dziesiątków lat przerwie w aktywności twórczej przez artystę, o którym powiada się, że w wieku trzydziestu siedmiu lat przeszedł na emeryturę, wypełnioną przyjemnościami bycia kucharzem-smakoszem i bon vivantem (o drobiazgach komponowanych między przyrządzaniem smakowitych potraw, dla porządku i dania świadectwa prawdzie wspomnieć by tu wypadało, ale to temat na inną okazję). Zaprezentowana katowickiej publiczności „Mała Msza…” Rossiniego zwróciła uwagę części słuchaczy najpierw niezwykłością obsady wykonawczej: twórca „Cyrulika Sewilskiego” przeznaczył swe dzieło „…na 4 głosy z towarzyszeniem dwóch fortepianów i fisharmonii”. „Dwunastu śpiewaków trojga płci: mężczyźni, kobiety i kastraci, wystarczy do jej wykonania, to znaczy ośmiu chórzystów i czterech solistów; razem dwunastu Cherubinów” – podkreślił kompozytor w poprzedzającym partyturę komentarzu.
Udział dużego chóru, towarzyszenie na jednym tylko fortepianie (ale w wykonaniu poszczególnych części utworu na przemian występowali obaj pianiści) – ponadto zastąpienie fisharmonii elektronicznymi organami, nie zniekształciło ogólnej idei dzieła. W każdym razie znacząco zwiększona w stosunku do oczekiwań twórcy liczba chórzystów nie zachwiała proporcjami brzmieniowymi i w konsekwencji nie przytłoczyła słuchaczy masą dźwięku większą, aniżeli by to wynikało ze zdrowego rozsądku i nakazu umiarkowania, którego granice określają kryteria dobrego smaku artystycznego. Dało się jednak słyszeć słowa zdziwienia, graniczącego ze zgorszeniem: - Jak to, fortepian w kościele? Dziwnie to brzmi, w każdym razie nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni! „Mała Msza…” nie jest utworem bagatelnym. Wbrew temu co sugeruje tytuł, jest to kompozycja monumentalna, trwająca tyle co „wielka” (nie tylko rozmiarami, rzecz jasna!) Msza h-moll J.S. Bacha. W sumie chodzi więc o blisko półtorej godziny muzyki, uznawanej przez niektórych za rodzaj „artystycznego testamentu” mistrza komicznych oper, o dzieło – w jego spuściźnie - „najbardziej ze wszystkich osobiste”, o „najwybitniejsze dzieło powstałe po Wilhelmie Tellu i jedno z najwyższych osiągnięć całej twórczości Rossiniego” (W. Sandelewski).
To prawda: znakomitych pomysłów muzycznych w „Małej Mszy…” nie brak. Można przy okazji mówić o pewności kompozytorskiego rzemiosła, uderzającej świeżości inwencji, swobodzie wypowiedzi, śmiałości i oryginalności kapitalnych konceptów harmonicznych, niezwykłej nawet jak na Rossiniego melodyjności, także o rytmicznej witalności a nawet taneczności (rytmy mazurkowe i harmonie jak u Chopina!)…
Jednak wbrew entuzjazmowi widocznemu w cytowanych powyżej słowach W. Sandelewskiego, autora popularnej, polskiej monografii Rossiniego, utwór wykonany 12 marca w katowickiej świątyni ewangelickiej trudno nazwać arcydziełem. Co jest tego powodem? Może zbyt wielkie rozmiary, może pewien nadmiar pomysłów, swoisty eklektyzm? Nie wnikajmy zbyt głęboko: przeznaczenie i zwięzłość prezentowanej refleksji temu nie sprzyjają. Cieszmy się raczej Rossinim, tym „wybrańcem fortuny” i „Mszą…”, o której już dawno napisano, iż ona „…kończy wspaniale wieniec jego dzieł”. Sam zaś kompozytor – podkreślono to jeszcze w XIX wieku – „mógłby napisać na ostatniej stronie to samo, co pewien malarz grecki pisał pod swymi obrazami: «Łatwiej będzie je krytykować niż naśladować»”.
Katowicką interpretację utworu uznać trzeba za ze wszech miar satysfakcjonującą. Na pewno nie obojętną. Wielka to zasługa wykonawców, którzy nie tylko sprostali wymaganiom kompozytora, lecz pokonując liczne trudności ściśle muzyczne a także realizacyjne, potrafili zwrócić na siebie uwagę realizacją godną zapamiętania. Nawet najwybredniejszym słuchaczom mógł podobać się śpiew solistów (całej czwórki, choć niektórzy specjalnie zachwycali się kontratenorem M. Wajdy-Chłopickiego!). Na uznanie zasłużyli sobie chórzyści; osobno wypadałoby podkreślić wykonawcze walory każdego z biorących udział w wykonaniu instrumentalistów…Szczególne pochwały należą się oczywiście dyrygentce, która dzieło Rossiniego przygotowała i znakomicie poprowadziła.

Krótko rzecz wypada zakończyć powtórzeniem: koncert, który 12 marca b.r. odbył się w gościnnym i dla muzyki nader przyjaznym wnętrzu Ewangelicko-Augsburskiego Kościoła Zmartwychwstania Pańskiego przy ulicy Warszawskiej w Katowicach był wydarzeniem. I odnotowujemy je jako ważne w dorobku naszej akademickiej społeczności.

Andrzej Wójcik

[PC]